﻿<title_newspaper="Przyjaciółka">
<title_article="Wracają z kolonii">
<author_1="Z. D.">
<language="pl">
<style="press">
<year="1951">
<month="8">
<date="1951-08-12">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Cieszą się matki na widok opalonych twarzy swoich pociech, pytają o jedzenie czy było go dosyć, czy smaczno. Czy opieka by to odpowiednia. — Moja mato świetnie wygląda — mówi ob. Apolonia Stępień, zam w Warszawie ul. Mokotowska 69 pełniąca funkcje sprzątaczki w Tow. Wiedzy Powszechnej — i opowiada, że na kolonii było doskonale. Pytałam się, ile razy dziennie jadała, mówi, że cztery, ale jak ktoś był głodny, to szedł do kuchni do gospodyni i dostawał dokładkę.I nikt się nie gniewał, nie krzyczał, pani kucharka była dobra i uprzejma. Dalej dowiadujemy się, że dzieci jadały cztery razy dziennie; rano kawa mleczna lub kakao, bułki, chleb z masłem, z marmoladą, obiad z trzech dań, a kiedy ten, czy ów prosił o jeszcze jedną porcję budyniu — to dawano mu ją bez gadania. Podwieczorek był zawsze bardzo dobry, a kolacja — gotowana... — Ale jedzenie, choć ważne, to jeszcze nie wszystko — mówi ob. Stępień. — Moja córeczka chwali swoją opiekunką. Taka była dobra i cierpliwa, jak prawdziwa matka. Dwadzieścia pięć dziewczynek co rano czesała, plotła warkocze, dbała o nie troskliwie. Mała Stępniówna wróciła czyściutka, wszystkie sukienki i bieliznę przywiozła czyste. — Tak się cieszę — mówi oto Stępień — że trudno wypowiedzieć. Każdemu opowiem, że dzieciom na koloniach w Krynicy Morskiej było naprawdę dobrze. I jeszcze dodam, że tak dobrze było dzieciom dzięki opiece naszego rządu, bo za mojego dzieciństwa mało kto na kolonie jechał, a i to musiał się nachodzić i naprosić... Tak samo chwali kolonie w Międzywodziu ob. Irena Wieczorkowska. Jej syn, uczeń pierwszego roku szkoły mechanicznej w Warszawie był na koloniach w Międzywodziu.</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
